CZŁOWIEK MIESZKAJĄCY NAD KUCHNIĄ / fragmenty /


Inwokacja

zanim narodziłeś się
dotykały się dłonie i usta
wcześniej dotykały się spojrzenia
źrenica rozszerzała się na widok drugiej źrenicy
i zanim nadano ci imię
już byłeś okiem nie sumą
biegnących do siebie fotonów
tak stałeś
                            ( stałaś się
wielką tajemnicą ludzi
być może tylko po to by raz poczuć pragnienie
raz tęsknotę
raz miłość
i wielokrotną wulgarność pospólstwa
które powoli zabijać w tobie będzie szlachetność równania
ja — ty

w nieskończoności
w graficie ołówków
                            ( komputerów
zadumasz się
kim jestem zapytasz
by być
trwać
co czyniłeś i co tobie czyniono
jakie usprawiedliwienie
gdy droga którą idziesz zada ci pytanie
czym odpowiesz grobom i jakie westchnienie wyrwie ci się
gdy spotkasz się z sobą
co próbowałeś wyrzucić wracało
co próbowałeś zatrzymać znikało
zatem wzywam tego który wie
że człowiek tyle jest wart ile jest w stanie przenieść drugim
człowiekiem
bo tylko z nim rozmawiać będę @ pl


                     # #


mój Ojciec miał na imię Jerzy
nie pokonał smoka ale miał w sobie coś
czego nie szanowałem
                            ( byłem zbyt młody
miał godność
nie na pokaz
nie na poklask

pod cerowanym kołnierzykiem
jednej z dwóch koszul
które codziennie prał w rękach
i wieszał na wieszaku
pod jedną z tych koszul
nosił godność w sobie
potem umarł
pochowaliśmy go w smutku i milczeniu
                            ( matka brat i ja

nie było przyjaciół na pogrzebie mego ojca
nie miał ich choć przyszło wiele osób
brat krzyknął do pijanych grabarzy
„człowieka grzebiecie!” i chamstwo umilkło
zagrał werbel
                            (ziemia + wieko trumny

wszyscy rozeszli  się  w  milczeniu
została  druga  koszula
wyprasowana wisiała  na  wieszaku  w  szafie
nie potrafiłem  zdjąć  jej z  tego  wieszaka
nie  rozumiałem dlaczego
po  latach  sprzedałem  szafę
nie wiem  co stało  się  z  drugą  koszulą
nie  wiem  co  stało  się  z  godnością  Ojca
do  ktorej dorosłem @pl

 

                    # #




porzuć gniew swój
i każdy z niesprawiedliwych wyroków jakie możesz wydać
oni i tak zza grobów w twarz pluć ci będą łzami innych
i granitowymi pomnikami
czaszkom zbielałym od bólu daj prawo milczenia
włóż kamień w usta niemych
niech Herod dalej zgrabnie się wykręca
a Piłat podda wyrok pod okrzyki tłumu
katów rozliczą ofiary i ich własne cienie
pozwól historii odpocząć w kolorze czerwieni
widać zostali powołani by zabijać


ty — jak pisał Herbert — nie wybaczaj za innych —


lecz zanim własne dłonie krwią wrogów pomalujesz
zanim po broń sięgniesz pamiętaj że powołany zostałeś
do wybaczania
porzuć gniew
daj czujność wypowiadanym słowom
stój na straży prawa
rozliczaj rządzących z zapłakanych matek
trosk ojców o jutro
chorych przed szpitalami
dzieci wklejanych w pornografię
nie wtykaj kwiatów w dłonie o których nic nie wiesz
nie składaj gratulacji i pocałunków
pilnuj twarzy spopielonych chęcią władzy i przymilnych
uśmiechów do telewizyjnych kamer które wiodą na plac
przed Sanhedrynem
tam staniesz się jednym z wyroków bez litości i prawa
tam koroną cierniową zakwitniesz w przyszłych
pozabijanych @ pl




                     # #




nie lękaj się
nie bój się napisu < strona wygasła >
idź do księgarni po klasyków
ucz się łaciny
wyłącz telefon komórkowy
niech ściana ogląda dzieła telewizora
a komputer służy jedynie wiedzy
wyrzuć wszystkie tabletki nasenne
i to co jedwabiste
nakarm śmietniki białym gównem
w odpowiednim miejscu i czasie odpowie ci Kosmos
wchłonie cię Logos i Miłość
odnajdziesz w sobie spokój sprzężony z tajemnicą bo nie
składasz się z układów scalonych

jesteś Człowiekiem

o wielkiej mocy istnienia którą zaburzyli kapłani świątyń
od przeceny
dano im przeciw tobie dekalogu pierwsze złamanie
— reklamy
a dzieciom lizaki za grosz
Chrystus wziął bat
ty wyrwij kamień z bruku w który chcą cię wtłoczyć
roztrzaskaj łby kapłanów złotego cielca uczących cię od
dziecka zarabiania i wydawania
nie dopuść do profanacji
nie pozwól by jak komunię wkładali ci w usta karty
kredytowe
nie daj się namaszczać kontami w bankach
pluń na pozłacane półki na których wszystko — także ty
— jest jedynie lepiej lub gorzej sprzedawanym towarem
rozwal to sobą
nie żałuj blichtru i sztuczności
chroń konstruktorów myśli i sztuki a zrównasz się z nimi
w zachwycie
odkryjesz piękno stworzone przez człowieka
rzeźby
obrazy
rozpłaczą się w tobie kolory i sekwencje dłuta
potem pojmiesz słowo
ile waży i jak potrafi być ważne
kup inne płyty
poczujesz ciężar muzyki nie bzykania w hałasie dźwięków
naucz się muzyki
zacznij od jazzu a pokochasz Mozarta
słuchaj muzyki w skupieniu a Filharmonia jako całość świata
nada ci kształt i przebudzisz się w symbiozie z potęgą
o której nie miałeś pojęcia
gdzieś w czasie
nie sam w kosmosie
nie sam w zasypianiu
w kołdrze obcych zapachów drażniących nozdrza
— TY —
wielki
od tej chwili żyć będziesz w świecie który dla ciebie został
stworzony
sięgnij po klasyków
nie lękaj się@ pl



                       # #


jest we mnie pamięć psa
dobra i zła
pamiętam wszystko
jak mnie głaskano
jak kopano
kto nalał mi do miski wody
kto za uchem drapał
kto pysk wkładał mi w odchody
jest we mnie pamięć psa
dobra i zła
budę swoją pamiętam
gdzie mnie zrodzono
przestrzeń do wybiegu
łąkę rosą zroszoną
tych którzy mi to zabrali
i tych od których mnie odgrodzono
jest we mnie pamięć psa
dobra i zła
pamiętam wszystkie swoje suki
i szczenięta
zapach matki
najbardziej ukochane buty
wszystkie zapachy życia pamiętam
jest we mnie pamięć psa
dobra i zła @ pl


                    # #


najłatwiej zwyciężać
bezradność
                      (nie każdemu ją dano

 z którą zewrzeć się musisz
gdy rabują twój dom
a ty stoisz w blasku lufy
gdy zabierają ci twoją kobietę
a ty leżysz podeptany
gdy miłość odchodzi
a ty bezradna
lub dziecko tak kochane
gdy los odbiera ci twoje życie
nie śmiercią heroiczną
tylko banałem wykrada dzień po dniu
niepamięcią dnia wczorajszego
zdychasz w szarości a oko rdzewieje od płaczu
dumny do końca
                            (gdy tak stać się musi
wiedz
że zostałeś wybrany z puli bezimiennych
ktorzy na zawsze zostaną utrwaleni @ pl

 

                      # #



kutą podkową często raniono dłonie
by ślad bólu nieść w sobie po innych
czy coś wydarzyło się raz czy wiele razy
bez znaczenia
życie dziedzictwo popłochu

jednak nie wszystko jest tożsame
i nie wszystko można opisać
krew wolnych jednej barwy
tylko w Warszawie ceglanej

idź za prawdą
swoją ścieżką nie pytaj nikogo
każdy pokaże ci inny kierunek
są konie którym niepotrzebne ostrogi
staromodny trzewik i but Armaniego
tą samą ciemną kroczyć będą nocą @ pl

 

                     # #

do Pięknej


zabierz mnie Piękna na wyspę gdzie nie ma echa
krwi w uchu
słów próżnych zwiewnych jak śmiech zalotnych
stop odciśniętych w beżowych piaskach
zasadzę tam moje niedojrzałe myśli
                            (głowami w dół
niech sobie rosną
                            (by się rozsiewały
urządzę im kiedyś targowisko próżności
na klifach do przepaści
sterczących jak goździk
na wyspę zabierz mnie taką
gdzie zawsze wszystkiego jest za mało
gdzie obok mchów i zielonych traw
rośnie sierść psa którego się kochało @ pl



                      # #


do Ezry Pounda

Ty który zawczasu pokochałeś owoce swego siewu
dzieci nienazwane

           jasno mówiących
           nagich w słońcu
           swobodnych

zapisz mi w testamencie
butę ponad tchórzostwo
pychę ponad szarość
każde pierwsze słowo
w zamian grób Twój plewić będę
z fałszywych uśmiechów świata
zabawek pod szafę

Bóg z tobą po śmierci

ponad fałszywy obraz idei w którą wierzyłeś
wyrok zdrajcy i obłąkańca
wznieś się
mnie wyznacz na spadkobiercę
także pomyłek i błędów
zapalę ci światło miłości co trzeszczy w kieliszkach
jak Zoil pilnować będę by patos nie ośmieszał
hucpa nie panoszyła się w słowie
obaj wiemy jak bezcenny jest kompas nieczuły na fałszywe pola
ciesz się mną
ręki nie podawaj jeszcze
sam przyjdę do ciebie
gdy dorosnę
chwasty wyplewię nad twoją głową @ pl

 

                  # #



Krzysztofowi S. – przyjacielowi

                 
z początku myślałem że na cokole leżeć będziesz gotowy
do drogi
dumny jak zawsze i irytujący
albo na lawecie w całunie marzeń
a tu
kurczysz przestrzeń w monitorach
cichym tlenie
odjęto ci mowę abyś nie przeklinał
czarna suka czyhająca pod drzwiami
żółte żmije przeźroczystymi rurkami wypływają z twojego
ciała i znikają w pojemniku na mocz
twarz rodzi ślinę
pergaminowa dłoń
siłą woli dźwignąłeś dwa palce
przypomniało mi to facetów którym poprawiliśmy makijaże
i już nikt nigdy nie prosił naszych dziewczyn do tańca
twoja kobieta o szklanych jak oczy starych lalek odganiała
gdy kochają mają nadludzką moc
against the odds* usłyszałem w windzie
białe zęby czarnych pielęgniarek w uśmiechach
Downtown
The Art Institute
Hopper zapraszał do baru Lautrec na dziwki
                            (białoniebieska z obrazu przeszła ze mną
                             parę ulic i posadziła na wysokim stołku

zamówiłem dwie wódki i dwie skośnookie
piękno jest możliwe
skoro zdradziłeś naszą młodość to ja złożę jej hołd i nadzieję
orient na patyk dwa razy
za siebie i ciebie
kowbojski kapelusz znalazłem obok lustra — dość było w nas
złości by nasikać fizykowi w beret
opowiem kiedyś o tym twojemu synowi
                            ( trawienie śmierci zazwyczaj trwa długo

jego matce wkleję pocałunek
żeliwna pokrywa z napisem - BUILDERS MATERIAL & FUEL CO CHICAGO -
była cholernie ciężka
w kanałach Warszawy Niemcy pod takie podwieszali granaty
naszczałem na niego i wkopałem w otchłań
porzucona ziemia zawsze coś traci
porzuceni też
nie umiałem cię o tym przekonać
against the odds
pogadaj z suką i wróć
grube Amerykanki zrzucają tłuszcz z rowerów
z lotniska O`Hare Boeingi startują co dziesięć sekund @ pl
 

* against the odds - na przekor losowi walcz


                         # #

 

powiedziałem  jej 
                           (stała  oparta  bladością o parapet
                            na siódmym  piętrze

że zabijanie siebie to najczęściej sprawa genetyki
chwilowego podrażnienia synapsów i neuronów
i czy uważa
że wzniosła się na tyle wysoko
by mieć prawo do upadku
                            (powiedziałem też

że czas w którym nic się nie dzieje jest wrogiem życia
i bardziej zabija niż bruk
na który spoglądała równie tęsknie
jak ćma na światło lampy
jak patrzą na siebie ślubne obrączki na tacy
zatem lepiej zaczekać
na śmierć inną
mniej ordynarną
bez trzasku i łamania kości
nadejdzie
                            (to pewne
zatem warto żyć
by przekonać się
że odklejanie uczuć od parapetów
świadczy jedynie o złym guście
który nigdy na poważnie nie był brany pod uwagę @ pl

    

                       # #


uwierzyłem w siebie zbyt mocno
pycha rozlała się
twarz to przyjęła
wystąpiłem z brzegu
pozbawiając się wszelkich praw
do powiedzenia tego
czego nie zdążyłem @pl



             UPADEK W SZCZĘŚCIE 


Mariannie

 rozstrzelałem podkoszulek
moro
kupiony na straganie przy granicy polsko-litewskiej
gdzieś powyżej Suwałk i obłoków
płaciła za niego kobieta którą kochałem
zawiesiłem go na drzewie
wbiłem w niego siedemnaście dziewiątek
było zimno
Glock ogrzał mi dłoń
                            (lubię to ciepło

zmieniłem magazynek
strzeliłem czternaście razy
z oczu spadły mi łuski
trzydzieści jeden
tyle miesięcy byliśmy razem
tyle miesięcy trzeba było
by zabić podkoszulek @ pl

     

                      # #

 

wyśniłem ją z rosy i  mgły
w biblii wyszukałem słowo dla  niej
wpisałem w istnienie
gdy nastał świt rosę osuszyło słońce
mgłę rozpędził wiatr
cicho  zamknęła drzwi
dłonią z pocałunków @pl

 

                     # #


czekałem długo
nie prosiłem o nią
czasem myślałem że ją spotkam
nie przylazła

pisałem
chlałem
kobiety
dziwki
nie przylazła

wytrzeźwiałem
umyłem się
ogoliłem
poradnia
multiwitaminy
nie przylazła

sport
książki
kino
teatr
nie przylazła

kurwa
suka
miłość
nie przylazła @ pl