BYK / fragmenty /

  • ziemia chciwych


pomyślał gdy żuk ze złotym zębem starzec pijany i mściwy
wszedł dźwigając obraz Hoppera
Art Institute of Chicago
tajemnica maga na chitynie
dźwięk kawaleryjskiej trąbki w uchu konia
kobieta siedząca przy barze
ostra czerwień w trójkącie sukienki
dwóch facetów barman w rogatywce
bezwład zniekształcony zielonkawym tłem
miejsce gdzie przystanął czas
wyobraźnia trawi go pęcznieje
miesza z przekleństwami rybaków za oknem
odrzucą cumy wypłyną z portu
potem na kurs pójdzie statek
stężeje płótno od soli jak suszone ryby w skrzyniach
pod pokładem
potem stanie się noc i dzień i znowu noc aż opadną gwiazdy
i znowu słońce prażyć będzie skórę buńczucznej załogi
i od rana pijanego szypra
falują blejtramy
mięśnie prężą żagle
modlitwa o pomyślny wiatr
z kim o tym
na skrzyżowaniach palą się gumy przy zmianie świateł
bledną twarze w monitorach komputerów
pośpiech trawi życie
parcieją liny tajemnicy

 

 

  • wymknął się


z tej przestrzeni
powinien był zacząć od prapoczątku
Wielkiego Wybuchu dziesiątej do dwudziestej ósmej potęgi
Gigaelektronowoltów które zaiskrzyły by mógł dzisiaj myśleć
albo od Gai
matki ziemi spuchniętej nadmiarem czułości
rozlewiskami pól naftowych w morzu
martwymi delfinami
pingwinami z przestrzelonymi piórami
hukiem odrzutowców jakże cierpliwej w pobłażaniu
dla swoich dzieci
albo od Marianny
odporna na parcie świata
bezradna poza wszelkim podejrzeniem
bystrooka ponad inne
zwarł się z nią z przypadku
jak Adam z Ewą
gdy umykając z raju w strumieniu ciętym skałami
krzykiem Boga
rechotem węża
po raz pierwszy poczuli bliskość nagich ciał i pokrwawionych nóg

 

 

  • zatem bystrooka


wdzięczne słówko
jak kulka rtęci o kształtnym napięciu skupiająca na sobie
uwagę
czuła modliszka
owszem
znała historię Izoldy Dulcynei Heloizy
wykłócała się o Vincenta i mówiła Theo
współlokatorka łóżka wysłuchująca moich zachwytów
nad Penelopą
kurwą z baru co pokochała alfonsa i nigdy już nikogo innego
                                                      (tak nazywała ją ulica

a pierwszy nauczyciel łaciny z liceum co bywał u niej w środku

  • mózgu


niosłem cię jak hostię
niejedną zdarłem podeszwę
cóż w zamian
wiodłeś mnie fałszywym tropem
przykuć cię do budy psie niewierny
zamknąć w matematycznych zbiorach bezużytecznych
w sprawach zasadniczych
< modlą się zatem Bóg nie pozwoli ich skrzywdzić >
powiedziała stara kobieta i wyłączyła telewizor
nie pamiętam gdzie i kiedy
Żyda o łapczywym gardle z którym piłem wódkę też
nie pamiętam
semickich rysów jego twarzy
chropowaty głos przebił mi ucho pijak był Żyd stary
syn wybranego ludu
potomek Abrahama sponiewierany zaprzeszłością
ugrzęźli w plusquamperfectum5
czekają na Mesjasza
co im tam Chrystus
stopy do krzyża z boku nie na wprost przybite
jakby to miało jakiekolwiek znaczenie jakby mniej bolało
Arka Przymierza pod skrzydłami Cherubów
cztery z nich widział Ezechiel
< ja nie czekam > zaśmiał się Żyd w drzwiach baru
                                 (brzuch mu się trząsł gruby był

widziałem młodzieniaszku prychnął
                                 (i smark otarł z nosa

 modlących się rabinów do cyklonu

 

 

  • tak oto

siedzimy nad tym piwem i nagle ktoś powiedział że to
obrzydliwy kraj ta nasza ojczyzna dużo szczurołapów bo
co prawda można i u innych znaleźć podobnych lecz u nas
najwięcej a kanały pozatykane prawie na amen nie spływają
fekalia każdy tylko patrzy za forsą nikogo do roboty
< zaczęło się > pomyślałem i już odklejałem tyłek
od stołka ale usadzono mnie na powrót słowem honoru
patrzeć na nich właściwie przyjemnie
artyści
kochają swoje kobiety porzuceni tworzą dzieła
pieszczochy do drapania za uchem
jeden z nich rzeźbiarz kobieciarz oczytany jak cholera
i nawet pomieszkiwał w Paryżu co prawda trochę późno
bo każdy już zna smak croissantów Plac Pigalle i pokłon
przed Napoleonem
< mogł ruskim strzaskać dupę i nie mielibyśmy kłopotów >
plotą przy tym piwsku najważniejsze nic z gazet
tłustobrzuch Fischer też mówił po francusku wypasiony na
Wolterze i przepiórczych jajach kiełbaski pieprzowe z dzika
wymieniał na bon moty
< a ona tkała swoją miłosną nić >
laskę zrobiła prezydentowi USA podobno z pochodzenia
Polka a i tak trzeba stać w kolejkach po wizy
das Spanung mus sain25 mruknął rzeźbiarz babiarz
Borgia z Borgich i jeszcze jednych Borgich nadziewał co
popadło a zbudował jak należy inny jego koleżka spłodził
szesnaścioro dzieci książę Pepi bywało co noc zmieniał
kochanki Salome
Lou Andreas panna z Rusi
                  (nie ta od tacy i głowy świętego
kapłanka kryształu
sypiała z dwoma siłaczami mając za nic
                  (fur mich est ist Wurst

kąśliwości arystokratycznych zazdrośników
Lenin też pykał potem umiłował Nadieżdę poźniej inne
etc.
etc.
                   (z dokumentów i plotek wiadomo


ludzie lubią się ruchać


gdy osiągnięto consensus w tej kwestii vel Beduza wyssał
pianę z kufla i powiedział
na Boga
zasadźmy ten piękny krzew lecz wpierw wyrwijmy chwasty
z naszego ogródka
Churchill z cygarem w tłustej dupie
Roosvelt zasraniec
Stalin miłośnik kina
wielka trojka trzech oprychów sprawa w toku po tamtej
stronie
< krzywy ten mur chiński za to długi jedyny twór człowieka
widoczny z księżyca >
garstka nas zatem ochraniać należy zarodek myśli miłość
nie spełnioną dość okrucieństw zbrodni bełkotu o starej
Europie
zagazować Izraelitów
zaorać Warszawę
skrzydła na Sybir za Londyn
uszanujmy cierpienie milczeniem ale bądźmy czujni
szczurołapy czekają na kolejną wojnę słyszycie ten
pomruk dżungli
                   ( zawiesił głos

 mówimy o pieniądzach
są także polityczne kwestie
skośnoocy przy szańcach
twardzi Żydzi twardo traktują sąsiadów ale Arabowie już
montują bombę mówię wam będą jaja
< ulitować się nad tym obrazem zakorkować butelkę
wrzucić w morze >
nacierają kreatorzy nowego porządku
hulaszczy wiodą żywot na gałęziach skoczne do interesów
małpy dziewięć tysięcy Euro miesięcznie plus diety kumacie
lepkie dłonie uchwycą każdą okazję potem mocz spuszczą
w porcelanę dla biedaków za rogiem nadmiar piwa z puszki
da cappo al fine Leonardo w odwrocie panowie
                 ( vel Beduza zwinął rachunek
                   w rolkę przyłożył zapałkę
tyle to wszystko warte
                 ( puścił dym

żyjmy szlachetnie resztę zostawmy Bogu
być może znajdzie jakieś rozwiązanie
jeszcze trzy piwska huknął na kelnera
< a ona tkała swoją miłosną nić >

Jezu
jak byliśmy wysoko z tą miłością
czemu zestrzeliłeś nas Panie
dwa ptaki w locie przydawały chwały niebu
powoje wzajemnie splecione
puszczono psy w wodę po nasze ciała
wloką nas teraz w pyskach bez oporu skrzydeł

 

 

  • dzień parny


powietrze w plastrach miodu
drobne kamienie jak pączkujące piersi dziewcząt
nic nie jest podobne do przyszłego kształtu
za fasadą skryta dojrzałość
holograficzny obraz tego czym nie jest do czego dorasta
bliskość zakłóca choć przydaje blasku
piękno przegrywa z czasem
nagle dostrzegasz zmarszczki na twarzy dziecka
gdzie twój cień nie głaskany kocie
skradasz się w poszukiwaniu różowej wiolonczeli
czas w kwartach por roku
staje się by trwać chwilę
< drzewiej > jakie piękne słowo lecz niczego nie ma
przestrzeń napełnia się umyka do nowej formy
wsysa ją moc wiru nieprzespanej nocy
w szczelinie jaszczurka składa jaja
kobieta daje miłość obcemu potem przeklina go i krwawi
promienieje ziemia przy siewcy obumiera przy żeńcy
człowiek przy drugim rozkwita lub więdnie
cerca trova
łka do ludzkich oczu co prawdziwe
płaczą radni w Pałacu Vecchio byli pewni wpłacili zaliczkę
< być może uda nam się rozwiązać tę zagadkę > powiedział
pan Seracini < nie wiemy czy Vasari zaszyfrował >
zakończył a pewien student trzeciego roku historii sztuki
dodał < byłoby zajebiście >
rude gołębie sfrunęły z florenckich pałaców na okruchy
chleba rzucane przez dzieci
świat należy do kogoś lub czegoś
na schodach cień za cieniem
bez tężyzny którą się chwalili
znają prawdę wtajemniczeni
spryciarze wiedzą jak wydusić grosz
a wszystko to dzieje się dla pewnego rodzaju
atrakcyjności co nierozpoznana wiedzie nas do pijaństwa
i obłędu

 

 

  • przypłyną


lub sam dobijesz do ich brzegu
zanim postawisz pierwszy krok oni pokażą ci twój ślad
zanim otworzysz dłonie wiedzieć będą co dźwigałeś
popatrzysz na nich a oni powiedzą
< znamy wszystkie obrazy których nie namalowałeś >
podejdziesz do ojca powiesz
< nic o mnie nie wiesz ojcze >
a on odpowie
< dobrze spisałeś się synu >
powiesz do matki
< nic o mnie nie wiesz matko> a ona uśmiechnie się
                                                           pobłażliwie
głos odbije się od brunatnych lian
w kręgu rozpoznanych zaplotą ci warkocz
jasność onieśmieli cię
szum ptasich skrzydeł zagłuszy
nie będą pytać skąd przychodzisz i dlaczego byłeś tylko
kopniętą szyszką
moja ojczyzna której skąpstwo zna tak wielu
składałeś się z nią na rękę trzeszczały w skroniach kości
ludzie traktowali siebie z wrogością
tu na tej wyspie w kasztanach Ogrodu Saskiego43 starcy
w skupieniu nad świętą księgą wykradzioną z domu wariatów
pijani płakaliśmy nad nią
oparty o poręcz zamkniętej przestrzeni rozbijesz pryzmat
w oku pantery sawanna w źrenicy mądrość
spadź wzmacnia serce
żywica zakleszcza owada
pęka dojrzały owoc w nim ziarno
skorupy getta
mrok ulicy Dzielnej po której łaziły kury wydrapując
resztki żydowskiego jadła
pazury tramwajów trą o pordzewiałe szyny
za szybami twarze robotników zdolnych do ociężałej przyszłości
bez cienia żalu
przez nieistniejący pałac Murano44
przez nieistniejące getto
przez własne nieistnienie
drobne fale opłukują zmasakrowaną formę
bieleją portrety
tu wyznaczono mi spotkanie z Walcottem kreolskim
czarnuchem
będę z nim tańczył sambę
skrzypek co potrafi grać trzymając skrzypce na plecach
zwabi Evorę siostrę czarnucha
może dołączy do nas sąsiadka z zajęczą wargą
stara wariatka pilnująca sparciałych kotów którym
sikaliśmy do mleka
wyjdzie naga z alg środkowego jeziora
z butelką taniego wina stanie z boku
nad ranem podamy sobie dłonie i pożegnamy się w milczeniu
odprowadzą mnie do łodzi gdyż żadna z wysp nie jest ostatnią
morze bierze oddech z płuc delfinów
sól krystalizuje plażę

 

 

  • maluj swój obraz


maluj mówię
będą cię odciągać zaprzęgną parę wołów
przyślą po ciebie kobietę ukradną pieniądze
będą stawiać przed oczy nieudane dzieła
zniechęcać krzykiem dzieci
straszyć chorobą
wepchną w depresję przyjaciół
rozdzwonią się telefony zasypią cię mailami
będą bić w bębny przez trzy dni
słać urzędowe pisma wzywać do osobistego stawienia
wzmocnią głosy szyderców
zrobią wszystko abyś nie malował
nie daj się zwieść
maluj swój obraz
po to urodziłeś się pośród chytrych róż
po to rozstałeś się z kobietą którą kochasz
po to wynaleziono stal damasceńską aby jednym
cięciem przebić serce
wszystko dla tego powodu
dla obrazu
czyń swoje dzieło
w skupieniu i ciszy
bądź dobry dla siebie nie zanadto pobłażliwy
podglądaj mistrzów nie naśladuj ich
wskażą kierunek sam odnajdziesz drogę
nie szukaj miękkich gniazd ciepłych wylęgarni
nie oczekuj niczego od losu
nazywaj rzeczy po imieniu barwom nadaj imiona
lżejszy od pyłku
pozwól nieść się myślom i fantasmagoriom
głębiej wejdziesz w spoczynek spokojniejszy w ziemię
nie zagłuszy wicher nie wytłumi mgła
na liściach dębu z prawem w dłoni i oku
bez grawitacji
maluj swój obraz mówię